header

Szybszy internet w siedmiu krokach.

Co zrobić, by go przyspieszyć?

 

Codziennie spędzamy od trzech do pięciu godzin w krainie WWW. Często wlokąc kule u nóg. A można szybciej. Zyskamy czas i większą efektywność. Internet. Gdybym go nie miał, sprawa byłaby jasna. 
A tak? Niby jest, ale strony otwierają się ospale, a bywa, że wcale. Chcę szybko wysłać kilka zdjęć?
Nie mogę! Obejrzeć film? Przerywa. Normalnie pracować? Nie dziś. Wolny internet to zmora, to strata pieniędzy, czasu i nerwów. A miało być tak pięknie…
 

 

Jaki masz ping?

 

Wiele osób zna przepustowość swojego łącza ale zapytana o ping robi wielkie oczy. Co to jest? Fachowo mówiąc, opóźnienie pakietu w sieci. A po ludzku – po jakim czasie od wysłania zapytania, przeglądarka doczeka się odpowiedzi z serwera. Im krótszy ping – tym szybszy odzew. Ale po kolei. Prześledźmy drogę od wpisania w komputerze lub smartfonie strony, np. www.wyborcza.biz, do jej wyświetlenia na ekranie. Klikając „enter”, rozpoczynamy burzliwy dialog przeglądarki z serwerami.

 

Gdzie ona jest?

 

By znaleźć stronę, trzeba znać jej adres. Kto zna? Serwery DNS – systemu nazw domenowych. Są jak książki telefoniczne. Tyle że zamiast przekładać imię i nazwisko na numer telefonu zamieniają łatwą do zapamiętania nazwę strony (domenę) na ciąg cyferek adresu IP (to w zasadzie nr telefonu i Pesel w jednym). Przeglądarka (bo to ona prowadzi dialog z serwerami) pyta: „podaj mi adres strony www.wyborcza.pl.” DNS odpowiada: „80.252.0.132”.

 
 

Wiem, że ją masz

 

Adres IP wskazuje na serwer (jeden lub kilka) z treścią strony. Tam też przeglądarka wysyła pytanie o stronę. W odpowiedzi dostaje spis jej treści (kod HTML).

 

Daj, daj, daj!

 

Mając spis treści przeglądarka zarzuca serwer żądaniami: „daj mi ten nagłówek”, „daj mi ten baner”, „daj mi ten tekst”, „daj mi ten film”, „daj mi to zdjęcie”, itp. (im krótszy ping, tym szybszy dialog). W rzeczywistości tworzące stronę teksty, zdjęcia, filmy i reklamy bywają rozrzucone po różnych serwerach.

 

Ping-pong

 

Takich elementów (a zarazem pytań i odpowiedzi) może na stronę przypadać kilkaset. Są dzielone, pakowane w paczki i wysyłane do przeglądarki, do której docierają różnymi drogami i w różnej kolejności. Przeglądarka sprawdza numery paczek, rozpakowuje je i buduje z tego stronę. Składowe strony rzadko wyświetlają się naraz. Często najwyższy priorytet mają reklamy (to aż jedna piąta transmitowanych przez nas danych). I dopiero gdy one „przelecą”, strona staje się interaktywna i kompletna. Jak widać sygnał śmiga niczym piłeczka pingpongowa od przeglądarki do serwerów. Jak szybko się to dzieje, wpływ mają:

 

1. Po stronie operatora i dostawców treści:

 

Rodzaj, stan i długość łączy. Generalnie im dalej od centrali, tym gorzej. Sygnał po drodze słabnie – w kablu miedzianym dużo szybciej niż w szklanym. Popularna miedziana skrętka utrzymuje 20 Mb/s transmisji tylko przez 2 km. Dlatego „prędkość internetu” potrafi znacznie różnić się nawet w sąsiednich domach, jeśli obsługują je różne centrale. Poza tym światłowody mogą bezkarnie leżeć w wodzie, a przewody miedziane, zwłaszcza stare lub sfatygowane – nie. To może tłumaczyć „niestabilność internetu” w miejscach, gdzie po 2010 r. podniósł się poziom wód gruntowych. Wprawdzie są już sposoby na zwiększenie przepustowości starych łączy miedzianych (VDSL2 vectoring do 100 Mb/s i G.fast do 800 Mb/s), ale tylko na krótkich dystansach (odpowiednio 400 i 100 m).

 

Obciążenie sieci i serwerów. Najszybciej jest nocą. W godzinach szczytu wiele stron otwiera się wolniej. Dlaczego? Gdy dużo osób ściąga dane w tym samym czasie, niewystarczająca okazuje się przepustowość sieci szkieletowej i połączeń między operatorami.

 

Mechanizmy buforowania treści. By skrócić czas ładowania, zawartość popularnych stron jest powielona i tkwi nie w jednym, ale w wielu serwerach na świecie. Dzięki temu z każdego miejsca dość szybko wchodzimy na Google’a, Facebooka i YouTube’a.

 

2. Po stronie użytkownika:

 

To, jak szybki internet zamówiliśmy. Transmisja, czyli prędkość pobierania danych, może być dużo wolniejsza i ani odrobinę szybsza od tej, jaką mamy w umowie.

 

Okablowanie w sieci domowej. Jeśli przewody mają słabą izolację, są źle połączone i poprowadzone, wtedy zakłócenia są silniejsze, sygnał słabszy i wolniejsza transmisja.

 

Domowa sieć wi-fi, czyli bezprzewodowe połączenie komputera z routerem. Im dalej są od siebie – tym gorzej. Jakość pogarszają też ściany, stropy oraz zakłócenia z sieci wi-fi sąsiadów. Dlaczego? W uproszczeniu: kiedy przeglądarka „nie dosłyszy”, każe routerowi powtarzać przekaz aż do skutku.

 

Liczba urządzeń podpiętych do jednego łącza. Smartfonytablety, TV czy telefon VoIP – one też mogą korzystać ze wspólnego routera wi-fi. A im większa konkurencja – tym słabsza transmisja.

 

Modem/router.Opóźnia transmisję, gdy stoi za daleko od komputera lub jest przestarzały.

 

Jeśli mieszkamy w bloku, nasz komputer może konkurować o pasmo z komputerem sąsiada, którego wi-fi pracuje na tym samym kanale.

 

Moc obliczeniowa i obciążenie komputera.

 

Gdy surfując po internecie, słyszymy przeciągły szum twardego dysku, powodem może być niedobór pamięci RAM w komputerze. Dlaczego? Podczas otwierania strony jej zawartość jest zapisywana w dwóch miejscach: w pamięci podręcznej przeglądarki (tzw. cache) i w pamięci operacyjnej RAM. Jeśli pamięci RAM nie starcza, wszystko, co się w niej nie mieści, musi być zapisane w pliku wymiany na twardym dysku. A to trwa o wiele dłużej, bo transfer na dysk jest znacznie wolniejszy niż do pamięci RAM. Tak samo przy odczycie. Krótko mówiąc, braki RAM-u nadrabia twardy dysk, ale za cenę czasu (i szumu).

 

Wszystko to trwałoby jeszcze dłużej, gdyby nie cache – pamięć podręczna przeglądarki. Dlaczego? Gdy wchodzimy na stronę pierwszy raz, musimy ściągnąć ją całą. Gdy drugi raz – już nie, bo część strony została wcześniej zapisana właśnie w cache’u. A wyciągnięcie jej stamtąd jest o wiele szybsze niż z serwera.

 

Gdyby łącza były superszybkie (150 Mb/s lub więcej, jak w standardzie 4G LTE), cache stałby się zbędny. Już za kilka lat w centrach miast komputery nie będą go potrzebowały.

 

Co opóźnia otwieranie stron?

 

Wirusy i różne programy pracujące w tle, np. nachalne i ściągające reklamy przeglądarki Delta Search, Ask Toolbar, V9 czy antywirusowy McAfee. Albo zbyt dużo już wcześniej otwartych stron.

 

Wielkim hamulcowym są też sieci peer-to-peer, jak Torrent, przez które nasz komputer łączy się z tysiącami komputerów, wymieniając z nimi elementy plików.

 

Liczą się też…

 

przeglądarka i system antywirusowy.

 

– Odradzam Explorera i – od niedawna – Chroma. Uruchamiają różne procesy, które spowalniają komputer – mówi właściciel jednego z serwisów laptopów.

 

A jeśli chodzi o antywirusy?

 

– Przeglądają wszystko, co przychodzi z sieci. Jednak niektóre robią to zbyt dokładnie. Np. Norton i Kasperski – świetnie wyłapują zagrożenia, ale hamują system – twierdzi ekspert. Dużo gorsze od złego antywirusa są dwa nawet dobre antywirusy w jednym komputerze. Znacznie spowalniają jego pracę, bo zamiast współdziałać – się zwalczają.

 
1 megabit zamiast 10, czyli diabeł tkwi w centrali

 

Trzykrotnie miałem poważny problem z internetem. Pierwszy przypadek był w sumie banalny – winny okazał się zasilacz routera, który raz pracował, a raz nie.

 

Drugi – znacznie ciekawszy. Internet stopniowo zwalniał, aż po tygodniu nie było go wcale. Ogłuchł też telefon stacjonarny. A wszystko przez mrówki, które zagnieździły się w przydrożnym słupku telekomunikacyjnym.

 

Co zaszwankowało tym razem? Ponoć „zaśniedziałe łącze i jakiś błąd w centrali, na który pomógł restart portu”. Łącze odzyskało połowiczną prędkość (4,5-6 Mb/s), która skacze jak strzałka prędkościomierza w tavrii. Zdaniem serwisanta może to wynikać z nieszczelnego kabla i podmokłego terenu, co niestety nie wróży rychłej poprawy Marnym pocieszeniem może być fakt, że w następnej wsi „nie ma i nie będzie internetu stacjonarnego”, choć leży zaledwie 30 km od Warszawy. Ich mieszkańcom pozostaje wolniejszy, droższy i bardziej kapryśny internet radiowy.

 

UWAGA: Według Urzędu Komunikacji Elektronicznej prawie połowa gospodarstw domowych nie ma dostępu do stałego łącza. To jeden z najgorszych wyników w całej Unii. Gorzej jest tylko w Bułgarii, Rumunii i na Słowacji. Zaś co dziesiąta polska miejscowość pozbawiona jest wszelkiego dostępu do Internetu.

 

A jeśli korzystamy z komórki lub internetu radiowego?

 

Wtedy strona pojawia się później. Dlaczego? Sygnał musi wpierw dotrzeć do stacji bazowej (BTS lub NodeB), czyli masztu z antenami wycelowanymi w trzy strony świata (stamtąd leci podziemnym przewodem lub kontynuuje podróż drogą powietrzną – radiolinią do kontrolera stacji bazowych BSC lub RNC). Dzieje się to tym szybciej, im bliżej jesteśmy takiej stacji i im mniej abonentów jest w pobliżu. Oraz im lepsza pogoda (deszcz i śnieg tłumią fale radiowe o częstotliwościach mikrofalowych), im bardziej otwarty teren (budynki odbijają fale) i im mniej drzew (elektrolit w liściach tłumi sygnał). W przeciwnym razie transmisja wyraźnie ucierpi – bardziej niż jakość głosu. Dlatego w komórce internet chodzi zwykle nieco wolniej: transmisja osiąga średnio 6,3 Mb/s, a ping jest 2-5 razy dłuższy. To samo dotyczy internetu radiowego. Upowszechnienie się szybkiego internetu 4G LTE zmniejszy te różnice.

 

Dlaczego ściągamy szybciej niż wysyłamy?

 

Kiedyś łącza były symetryczne (DSL). Jednak badania pokazały, że o wiele częściej pobieramy dane (download) niż je wysyłamy (upload). Stąd pomysł, by podzielić pasmo nierówno: większą część dać przychodzącym, mniejszą wychodzącym danym. Dzięki łączom niesymetrycznym (ADSL) szybciej wyświetlają się strony www i ściągają filmy.

 

Ale coś za coś. Jeśli chcemy używać naszego komputera jako np. serwera FTP powinniśmy poprosić operatora o łącze symetryczne. Niestety, ekstrapłatne (w Orange kosztuje to od 440 zł miesięcznie). Inaczej niska prędkość wysyłania danych zniechęci osoby chcące pobrać coś z naszego komputera.

 

Gdzie hula internet?

 

W centrach miast. Tu działają dostawcy TV kablowej, jak UPC czy Vectra, stosujący technikę HFC (hybrid fibre-coaxial), w której sygnał do budynku dochodzi światłowodem, a po mieszkaniach rozprowadzany jest koncentrykiem. Pozwala to na transmisję danych przychodzących z szybkością do 150 Mb/s czy, jak w przypadku Vectry, 320 Mb/s (za 200 zł miesięcznie i tylko w Warszawie). Szybkie łącze światłowodowe ma w Polsce zaledwie 0,5 proc. odbiorców. Generalnie – im bliżej centrum, tym częściej wąskim gardłem okazuje się sprzęt użytkownika. A im dalej od miasta – tym większa rola łącza.

 

Jak przyspieszyć internet?

 

Najpierw trzeba zdiagnozować przyczynę.

 

1. Zamykamy zbędne zakładki i programy.

 

2. Sprawdzamy, czy:

 

– nasz komputer nie konkuruje z innymi urządzeniami o dostęp do wi-fi. Jeśli tak – wyłączamy je;

 

– jeśli mieszkamy w bloku, to czy nasz router nie rywalizuje o pasmo z innym routerem, np. sąsiada zza ściany. – Jak to ustalić? Np. za pomocą programu WiFi Analyzer .

 

– Skanujemy nasze mieszkanie i wybieramy wolny lub najmniej zatłoczony kanał.

 

3. Robimy test prędkości łącza – w sieci jest ich wiele, choćby Speedtest.net lub SpeedTest.pl.

 

4. Porównujemy wynik testu z wartościami w umowie.

 

UWAGA: Obiecane i faktyczne parametry łącza nigdy nie są identyczne., Dostawcy internetu tłumaczą, że skoro nie mają wpływu na to, co dzieje się poza ich siecią, to nie mogą gwarantować prędkości połączenia ze stronami WWW, serwerami FTP itp.

 

 

5. Sprawdzamy router: odłączamy go od prądu na 10 sekund. A potem robimy porównanie transmisji bez- i przewodowej: bierzemy kabel Ethernet, łączymy go z komputerem i patrzymy, czy jest poprawa. Jeśli tak – winny jest router. Jeśli ma ponad 6-7 lat, warto wymienić go na nowy, najlepiej kilkuantenowy DualBand, czyli pracujący na dwóch pasmach – 2,4 GHz oraz 5 GHz (za 230-800 zł). Ale czasem wystarczy zbliżyć router do komputera (lub odwrotnie).

 

W dużym mieszkaniu możemy zastosować tzw. repeatery (cena 70-400 zł), czyli wtykane do gniazdka wzmacniacze zasięgu.

 

6. Jeśli mimo szybkiego łącza strony otwierają się wolno, przyczyna tkwi w komputerze. Dla pewności dobrze jest zaprosić kogoś z laptopem i porównać.

 

Co można poprawić w naszym? Przeskanować antywirusem i usunąć zbędne programy (w razie wątpliwości wygooglować, do czego służą) i pliki (w tym z katalogu Temp). Uporządkować dyski przez defragmentację, by zwolnić miejsce na twardym dysku. Jednak największa poprawę da

 

7. Wymiana dysku magnetycznego HDD na półprzewodnikowy SSD. – Różnica jest kolosalna – mówi Przemysław Jarząb ze SpeedTest.pl. – Nie znam nikogo, kto chciałby powrotu do dysku magnetycznego.

 

Dysk SSD działa jak duży wewnętrzny pendrive, nie ma żadnych ruchomych części, zużywa mniej energii, jest odporny na wstrząsy, bezgłośny, lekki, a przede wszystkim szybki – transferuje dane ok. pięciu razy szybciej niż tradycyjny dysk HDD.

 

Niestety, jest dość drogi. 120-gigowy SSD kosztuje około 500 zł. – Są tańsze, ale zwykle mniej trwałe. Warto wydać nieco więcej i mieć spokojny sen. Bo kiedy dysk SSD nam padnie, nie odzyskamy z niego nic – ostrzega Przemysław Jarząb.

 

Podsumowując: Jeśli mamy dobre łącze, niezły modem, dysk SSD i wystarczający RAM, to Internet powinien nam „hulać”. Większość tych operacji możemy zrobić sami. A gdy brak nam czasu lub wiedzy? Możecie scedować to np. na serwis laptopów – powinien uzdrowić nasz komputer za 100-200 zł (plus ew. koszt dysku SSD).

 

 

Artykuł pochodzi z portalu gazeta.pl